Wojciech Domalewski
W szkołach ciągle jesień


Znowu przyszła jesień, a z nią pierwsze chłody. W całej Polsce, jak co roku rozpoczęto ogrzewanie tysięcy budynków szkolnych. Budynków często ogromnych, w których utrzymanie stałej temperatury na odpowiednim poziomie kosztuje fortunę. Ciekawe jest to, że jak co roku nikt z tego powodu nie protestuje, nikt nie widzi nic niestosowanego w otwieraniu na oścież okien, gdy jest za gorąco, nikomu nie przeszkadza niepotrzebne pompowanie budżetowych pieniędzy do de facto coraz bardziej prywatnego górnictwa i energetyki - dziedzin gospodarki, które w dobie rosnących cen ropy są już w pełni rentowne i nie trzeba ich subsydiować.

Gdy wchodzę do tej, czy innej szkoły i czuję upał w środku zimy, wtedy ogarnia mnie złość. W publicznych szkołach nie od wczoraj brakuje pieniędzy na wszystko - na kredę czy pisaki do tablicy, na podstawowe środki czystości (np. na papier toaletowy), na podstawowe artykuły biurowe, czy elementarne pomoce dydaktyczne. Nikt jednak nie żałuje pieniędzy na całodobowe ogrzewanie wielkich budynków, w których pracuje się zwykle tylko 1/4 doby i tylko pięć dni w tygodniu. Oczywiście jeżeli nie wypadnie jedno z częstych w Polsce świąt.

Dlaczego tak jest ? Dlaczego wydajemy skromne fundusze "oświatowe" na ogrzewanie wielkich, pustych gmachów ? Dlaczego nikomu nie przychodzi do głowy, żeby odciąć ogrzewanie na noc, czy weekend tak, jak ma to miejsce w także publicznych placowkach edukacyjnych w krajach zachodnioeuropejskich ?

Trudno szukać winnego w szkołach, ponieważ ich suwerenność jest z roku na rok coraz bardziej ograniczana. Trudno winić nauczycieli, ponieważ pewnie 99 % z nich nie wie, jak duże są to kwoty. Trudno winić dyrektorów szkół, ponieważ - jak można byłoby powiedzieć - niestety ich władza jest absolutna tylko w stosunku do jego własnych pracowników. Dyrektorzy tracą wszelką władzę nad środkami finansowymi, nawet tymi które sami pozyskali, na rzecz urzędów i urzędników. Jednak za marnotrawstwo pięniedzy budżetowych przeznaczonych na oświatę także trudno winić urzędników w organach prowadzących szkoły. Z pewnością ich rolą nie jest chodzenie wieczorami po szkołach i zakręcanie kaloryferów.

Gdzie więc jest winny ? Winowajcą jest z pewnością słabość całego polskiego ustroju, słabość demokracji, która mimo, że mamy ją już kilkanaście lat, to wciąż jest bardzo słaba. Ciągle brakuje w niej ludzi autentycznie zaangażowanych w działalność na rzecz innych, a czy choćby własnych wyborców. Doskonale to widać w ostatnich dniach w telewizorze, w postaci kolejnych kłótni miedzy politykami. Bo polski polityk to osoba, która traci zainteresowanie sprawami swoich wyborców w dniu ogłoszenia wynikow wyborów. Polski polityk to osoba, ktorej lepiej unikać z obawy przed uwikłaniem w niejasne relacje, niż osoba u której mozna szukac pomocy i od której można spodziewać się spontanicznego działania na rzecz lokalnej społeczności.

Przed wyborami parlamentarnymi usłyszałem historię o człowieku, który próbował w pewnej podwarszawskiej miejscowości założyć oddział Partii Demokratycznej. Rozwiesił plakaty, zorganizował zebranie i ... przygotował wyborcze ulotki. Pytaniami z sali dotyczącymi planu działań na rzecz lokalnej społeczności nie był zupełnie zainteresowany. Każdy wie, że Demokraci przegrali z kretesem. Nie muszę chyba dodawać, że oddział Partii Demokratycznej w miejscowości X nie istnieje. Z działalnością wielu innych partii na poziomie lokalnym jest niestety podobnie.

Dopóki tak będzie, dopóty publiczne szkoły będą biedne, nauczyciele przypadkowi, a uczniowie będą traktować szkołę, jako rodzaj obowiązkowej choroby, którą mażdy musi przetrwać. A może w ogóle życie w III czy IV Rzeczypospolitej jest taką szkołą obowiązkową dla wszystkich, którą wszyscy muszą zaliczyć, która jednak w przeciwieństwie do zwykłej szkoły będzie trwać dotąd, aż większość Polaków zdobędzie choćby podstawowe wykształcenie z przedmiotu "życie w demokracji - odpowiedzialność za siebie i innych" ?

powrót